szczęście,  wywiad

Szczęśliwa kobieta to kobieta z pasją – Marta Arbatowska biegaczka w maratonach

Każdy z nas potrzebuje pasji. Czegoś, co nas napędza. Dla was opisałam historię o tym jak bieganie może być niezwykłą pasją prowadzącą do sukcesów i szczęścia w życiu. Zapraszam na kolejną część cyklu szczęśliwa kobieta to kobieta z pasją: Marta Arbatowska biegaczka w maratonach.

Szczęśliwa kobieta to kobieta z pasją – Marta Arbatowska biegaczka w maratonach. Moja droga Marto, opowiedz o sobie troszkę

Mam na imię Marta i bardzo lubię swoje imię. Z wykształcenia jestem dziennikarką i jak dotąd udaje mi się realizować w tym zawodzie –  pracuję w dziale promocji jednego z wydziałów Politechniki Warszawskiej, a dodatkowo jestem redaktorką w portalu TreningBiegacza.pl, gdzie zajmuję się działem newsów i udzielaniem porad treningowych dla biegaczy. A z pasji – odkrytej dopiero w 2012 roku – jestem biegaczką długodystansową, która kocha sport w jego różnych wymiarach.  Jestem także licencjonowaną instruktorką fitness i marzę o tym, aby dalej poszerzać swoje kompetencje.

Kilka razy miałam okazję wejść w rolę trenera biegowego. Rezultaty mojej pracy z zawodnikami (i przyjaciółmi) zaskoczyły mnie samą. Moim największym trenerskim sukcesem jest jak dotąd moja przyjaciółka, która  po kilku miesiącach naszych treningów poprawiła wynik w maratonie o pół godziny. A to jest bardzo duży progres, dziś jest już bardzo blisko złamania 4 godzin. W Łomiankach, gdzie na co dzień mieszkam, współtworzę fajną biegową społeczność – Obłuski Running Team (https://www.facebook.com/obluskirunningteam/)  Razem z moim trenerem Piotrem Obłuskim zachęcamy innych do konkretnego biegania i pomagamy im śrubować wyniki. Naszą dewizą jest przekonanie, że „niemożliwe nie istnieje”. Nie raz doświadczaliśmy, że tak właśnie jest.

Podasz nam proszę jakiś przykład?

Dla biegacza z pasją nie istnieje coś takiego jak zbyt wczesna godzina. Pamiętam, jak przed maratonem w Wiedniu miałam w planie 30km i akurat w tym czasie byłam na wycieczce w Walii. Wstałam o 4:00, żeby o 4:30 być już w trasie. A jestem człowiekiem, który naprawdę lubi spać.

Opowiedz nam więcej o swojej pasji

Moja największa pasja to bieganie. Sport, który niektórym ludziom wydaje się nudny i monotonny. Ale to wrażenie mija, kiedy wejdzie się w to głębiej. Dzięki bieganiu lepiej poznaję swój organizm i jego potrzeby – gdyby nie ten sport prawdopodobnie nigdy nie dowiedziałabym się o istnieniu niektórych mięśni.

Powiedz nam o jakimś. Zaskocz mnie i czytelników 🙂

Powiem Ci o przypadku, który mnie samą najbardziej zaskoczył. Nie chodzi tu o mięsień, ale o staw barkowy. Spodziewałaś się, że może on mieć coś wspólnego z bieganiem? Ja absolutnie nie! Do momentu, kiedy kilka lat temu nie zaczął mnie boleć. Okazało się, że ta drobna kontuzja ma związek z tym, że w moim treningu brakuje ćwiczeń ogólnorozwojowych. W ten sposób górne partie ciała wysyłają sygnały, dopominają się, że trening – nawet jeśli głównie używamy nóg – powinien być kompletny i wszystkie części ciała powinny dostać taką samą szansę na rozwój.

Ok, wróćmy do biegania. Jak i kiedy odnalazłaś swoją pasję?

Bieganie lubiłam właściwie od zawsze. Na studiach biegałam bardzo krótkie dystanse wieczorami, w zwykłych butach i dresie. Był to mój sposób na relaks i uspokojenie myśli. Jednak wieczorem nie czułam się wystarczająco bezpiecznie i postanowiłam zacząć treningi w ciągu dnia. Okazało się, że mogę biec dużo dłużej i dużo dalej. Bardzo mnie zafascynowało to odkrycie. W 2012 roku zaczęłam myśleć o starcie w maratonie. Wybrałam kameralny bieg na Mazurach. Przez większą część drogi liczącej 42 km 195 metrów biegłam zupełnie sama, bo na trasie prawie nie było kibiców. Po przekroczeniu linii mety w czasie 4:32 usiadłam i chciałam powiedzieć: „No dobrze, przekonałam się jak to jest pobiec maraton. Już mi wystarczy”, ale powstrzymałam się, a historia mojego biegania dopiero wtedy się zaczęła.

Przybliż nam jedną kwestię: „miałaś dosyć po jednym razie”, ale „postanowiłaś biegać dalej”?

Maraton jest nie lada wyzwaniem dla organizmu. Wyczerpuje go na maxa. W trakcie maratonu nasz organizm traci kilka tysięcy kalorii i nawet najbardziej wytrenowany biegacz doświadczy tzw.  „palących mięśni”. Maraton boli. Dlatego również ja miałam dość ( i za każdym razem mam dość na ostatnich kilku kilometrach). Jednak ilość endorfin jest tak duża, że chce się do tego wrócić, nawet kosztem bolących nóg. Do tego to ogromne poczucie satysfakcji i takiej zdrowej dumy z siebie, że dałam radę. Wiesz, to bardzo pomaga w codziennym życiu. Kiedy mam przed sobą jakieś trudne zadanie, którego się obawiam zawsze w mojej głowie zapala się lampka: „Ale przecież ja sobie radzę z maratonami, to teraz też dam radę”.

Jakie jeszcze zmiany zauważyłaś w sobie podczas realizowania się w swojej pasji?

Dzięki bieganiu uczę się przekraczać granice i wychodzić poza swoją strefę komfortu – to jest dziś dość oklepany frazes, jednak w moim ukochanym sporcie konfrontacja ze strefą komfortu jest nieunikniona. To jest umiejętność, która bardzo przydaje się w życiu prywatnym. Bieganie potrafi też nieźle nauczyć pokory – mogę przygotować się do zawodów na tip top, ale nie wszystko da się przewidzieć, bo takie czynniki jak pogoda czy zła dyspozycja dnia mogą przeszkodzić w zaprezentowaniu swoich faktycznych umiejętności. Do tego dochodzi też mądrość – założenie jest takie, że w wieku 80 lat chcę być rekordzistką świata w maratonie więc powinnam mądrze rozkładać siły i dbać o swoje zdrowie. Bo amatorzy biegają przecież głównie dla zdrowia.

Zajmujesz się bieganiem amatorsko czy postrzegasz siebie jako profesjonalistkę?

Nie mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że jestem amatorką. Owszem, nie biegam wyczynowo, nie mam sponsorów, nie wystartuję na najbliższych Igrzyskach Olimpijskich. Ale lubię biegać szybko, osiągam fajne wyniki i mam wiele sukcesów na gruncie lokalnym. Trofea biegowe na stałe zagościły w moim domu i ta kolekcja systematycznie się powiększa. Jest to dowód na to, że amator ma prawo trenować jak zawodowiec i ma prawo zbierać żniwa swojej ciężkiej pracy. Nigdy nie przypuszczałam, że pasja może zaprowadzić mnie tak daleko i cieszę się, że mogę w jakiejś mikroskali doświadczać tego, czego doświadczają wielcy sportowcy.

Największy sukces?

Jeśli miałabym wymienić sukces, który jest dla mnie najcenniejszy to byłby to zwycięstwo w III Maratonie Podhalańskim w 2017. Jest to wymagający bieg z Nowego Targu przez górzyste Podhale, Ząb i Butorowy Wierch aż do Zakopanego. Brałam udział w pierwszej edycji tych zawodów w 2015 roku i wówczas udało mi się zająć 3 miejsce. Dwa lata później wróciłam. I już przed startem, na płycie Rynku w Nowym Targu poczułam, że to jest mój czas i pora wykorzystać swoją szansę. Postanowiłam, że spróbuję wygrać te zawody. Przez całą trasę rywalizowałam z zawodniczką na bardzo podobnym poziomie, ale ostatecznie okazałam się silniejsza i wbiegłam na metę w Zakopanem jako pierwsza kobieta. To był bardzo dobry bieg. Przede wszystkim dobrze wykonałam swoja pracę, pobiegłam jak najlepiej potrafiłam i nie dałam się ponieść emocjom, mimo że od 12 kilometra objęłam prowadzenie. To było niesamowite przeżycie stać na najwyższym stopniu podium na tle Giewontu.

Opowiedz proszę jeszcze o Biegu Rzeźnika. Czyli coś co wywołuje u mnie przerażenie, a wiem, że Ty startowałaś.

W 2017 roku debiutowałam na dystansie ultramaratonu. Wybór padł na XIV Bieg Rzeźnika, który rozgrywany jest w Bieszczadach na dystansie ok 80 km. Formuła biegu jest ciekawa, bo biega się go w parach – męskich, kobiecych i mieszanych. Ja biegłam z moją koleżanką Emilką z Obłuski Running Team i zaliczyłam naprawdę udany debiut. Całą trasę liczącą kilka tysięcy metrów przewyższeń pokonałyśmy w 12 godzin i 43 minuty. I w efekcie byłyśmy trzecią parą kobiecą na tej kultowej dla biegaczy imprezie. To jest wielka sprawa! Tym bardziej, że kompletnie nie wiedziałam jak mój organizm zachowa się na tak długim dystansie. Jednak doświadczenie pokazało, że w górach ważna jest siła, która jest moją mocną stroną, jeśli jestem w formie.

zbiory prywatne Marty

Przebiegłaś już tyle kilometrów nie było w tym ani chwili zwątpienia?

Tak się właśnie zastanowiłam, ile to może być kilometrów… Nie liczę ich. Ale wydaje mi się, że od początku mojej przygody z bieganiem może być ich około 10 tysięcy 🙂 To sporo.

Wow…

Oczywiście, że w tych momentach pojawiały się chwile zwątpienia. Są też momenty, kiedy organizm domagał się odpoczynku i wtedy po prostu zwalniałam tempo, robiłam sobie dłuższą przerwę. Jeśli chce się biegać do końca życia – a ja mam właśnie taki plan – to trzeba umiejętnie gospodarować energią i dbać o siebie. Jak dotąd nie miałam poważniejszych kontuzji. Jeśli chodzi o kryzysy motywacyjne. Bardzo pomagają mi w ich przezwyciężaniu moje trofea biegowe. W chwili zwątpienia patrzę na jakiś ulubiony puchar i mówię sobie: „Marta, skoro dałaś radę osiągnąć coś takiego, to teraz też dasz radę”. To zawsze pomaga. Pomaga również świadomość, jak bardzo wiele daje mi bieganie. I że po prostu warto to robić dla siebie.

Rozumiem, że nie samą pracą i biegami człowiek żyje. Co robisz dla siebie?

Prywatnie jestem kobietą, która uwielbia rozwój, ma wiele planów na siebie i ma to szczęście, że związała się z miłością życia. Podróżuję po świecie. Mój narzeczony uwielbia podróże i jest mistrzem w ich organizowaniu, więc bardzo często robimy sobie krótsze lub dłuższe wycieczki w fajnej ekipie. Ostatnio były to Bałkany, Szwajcaria i południe Włoch w środku zimy. Lubię od czasu do czasu zmienić perspektywę, poznać inną kulturę i zwyczaje, czy po prostu zjeść coś, czego nigdy wcześniej nie jadałam. Podróże to także fajne przerywnik w rzeczywistości, do której często lubi wkradać się rutyna. Zawsze po podróży mam więcej energii i zapału do działania. Zdecydowanie, właśnie w taki sposób odpoczywam i ładuję baterie. Choć często wychodzi tak, że po takim intensywnym weekendzie jestem bardziej zmęczona niż po tygodniu spędzonym w pracy. Ale warto to robić! Czasem też wychodzi z tego „turystyka biegowa”, kiedy naszym głównym celem są zawody sportowe.

A w zwykłe wieczory, kiedy nie podróżujesz?

Lubię też chodzić do kina – tu też mam dokładnie tego samego kompana co w przypadku podróży. Nie jestem wybitnym filmoznawcą, ale bardzo podoba mi się to, że dzięki filmom mam okazję pobyć przez chwilę w innym świecie. Filmy nie powinny być dłuższe niż maraton, bo wtedy na nich zasypiam. Nawet, jeśli są bardzo ciekawe 🙂

Co napędza Cię do Twojego biegu? Jest takim „motywatorem”?

Jest to chęć rozwoju, sprawdzenia siebie i przesuwania własnych granic coraz dalej. Najbardziej lubię treningi ustawione pod konkretny CEL. Przeważnie są nimi maratony i coraz lepsze wyniki. Póki co moja granica to 3 godziny 23 minuty z maratonu w Berlinie. Czy da się ją przesunąć? Właśnie nad tym pracuję. A bieganie ma tyle „efektów ubocznych” – endorfiny, dobre samopoczucie, zdrowie, jasność myśli, która pojawia się po treningach (nie uwierzysz, ile ciekawych rzeczy wymyśliłam podczas biegu!) – że to już samo w sobie jest bardzo motywujące. Perspektywa ciągłego rozwoju jest czymś, co niesamowicie mnie pociąga.

A jeśli chodzi o innego rodzaju biegowe inspiracje. Moją największą biegową inspiracją, a w zasadzie „patronem” mojego biegania jest Janusz Kusociński – olimpijczyk z Los Angeles (1932) zamordowany w czasie II Wojny Światowej. W moich okolicach odbywa się dużo biegów, którym patronuje. Wszystkie, jak do tej pory, były dla mnie szczęśliwe i zakończyły się na podium. Dlatego od zawsze mówię, że „Kusy” mi sprzyja.

Namawiałaś kogoś na bieganie?

Nigdy nikogo nie namawiałam do biegania. Raczej opowiadałam o swoich wrażeniach. O tym, ile daje mi ten sport i jak wiele pozytywnych rzeczy dzieje się dzięki niemu w moim życiu.  Niektórzy z moich słuchaczy najwyraźniej postanowili sprawdzić to, na własnej skórze. I w ten sposób moja przyjaciółka zaczęła biegać. Dziś sama jest maratonką i triathlonistką.

Wyobrażasz sobie teraz swoje życie bez biegania i bez treningów?

Na pewno nie wyobrażam sobie życia bez ruchu. Ruch i aktywność są czymś tak pozytywnym, że nie byłabym w stanie z nich zrezygnować. Mimo mojej ogromnej miłości do biegania nie przywiązuje się tylko do biegowych treningów. Lubię również rower, pływanie, fitness, wspinaczki. Lubię się pozytywnie zmęczyć i mieć świadomość, że zrobiłam coś dobrego dla siebie, dla mojego ciała i umysłu. Czy wyobrażam sobie swoje życie bez biegania? Pewnie dałabym radę, ale mogłoby być ciężko. Na pewno musiałabym znaleźć coś, co dostarcza podobnej dawki endorfin i dobrego samopoczucia.

Co Cię w tym wszystkim najbardziej uszczęśliwia?

W bieganiu bardzo lubię szybkość, wiatr we włosach i sportową rywalizację – poprawa rekordów życiowych i dobre miejsca na zawodach dają ogromnie dużo radości nie tylko mi, ale również osobom, które mi kibicują. To jedna strona medalu. Inne, równie wielkie, radości, jakie płyną z biegania to: nowe wyzwania oraz praca nad sobą i rozwój. Każdy medal – te biegowe, które przywożę z zawodów także – ma dwie strony.

Zwycięstwa działają na ciebie pozytywnie i nakręcają do dalszych treningów i stawiania sobie wyzwań?

Dokładnie tak jest! Każde miejsce na podium jest ogromnym motywatorem do dalszej pracy. Wspomnienia z tych dobrych biegów na długo zostają w pamięci. Ale nie chodzi tylko o samo wspominanie, tylko taką bardziej „czynną” pamięć. Pamiętam swoje osiągnięcia i w oparciu o tę pamięć nie boję się pójść kilka kroków dalej. Nie boję się kolejnych marzeń o dobrych biegach zakończonych sukcesami.

Jesteś bardzo zabieganą kobietą. Czy dbasz o swój wypoczynek i jak ładujesz swoje baterie?

Bardzo staram się o to dbać. Tak jak wspominałam – ładuję baterie w czasie podróży. O wolny czas najczęściej troszczy się mój narzeczony. A spędzanie czasu z ukochaną osobą – bez względu na to, co się robi – samo w sobie jest wypoczynkiem i najlepszym sposobem na doładowanie baterii przed dalszymi działaniami. Nie bronię się przed odpoczynkiem. Po ciężkim tygodniu w pracy/treningowym nie mam wyrzutów sumienia z powodu leniwego przedpołudnia. Uwielbiam SPA pod wieloma postaciami – przepadam za hydromasażem i wszelkimi wodnymi atrakcjami.  Prawdopodobnie zbyt mało śpię, ale… tak dużo jest ciekawych rzeczy do roboty 🙂

Czy uważasz, że szczęście kreujemy sami?

Nie wszystko zależy od nas. Są kwestie, na które nie mamy wpływu – rodzina, w której się wychowaliśmy czy warunki zdrowotne. Jednak uważam, że warto wykorzystać do maksimum całą siłę sprawczą jaką mamy i budować swoje szczęście. Człowiek jest istotą o ogromnych możliwościach. Mamy mnóstwo energii i przede wszystkim od nas zależy, w jaki sposób ją wykorzystamy: można ją ulokować w narzekaniu na swój los, ale można ją też zainwestować w jego odmianę. Nie jestem zwolenniczką poglądu, że szczęście spada z nieba. Oczywiście, los czasem się do nas uśmiecha, ale wydaje mi się, że należy to traktować jako bonus. Sama droga, jaką dochodzimy do szczęścia daje dużo radości.

Uchyl nam rąbka tajemnicy i opowiedz jakie masz plany na 2018 rok.

Najważniejszym startem w pierwszej części sezonu będzie maraton w Pradze, do którego już się przygotowuję. Po drodze wezmę udział w Półmaratonie Warszawskim, gdzie będę miała specjalne zadanie – jako pacemaker (inaczej zwany zającem) poprowadzę grupę biegaczy na czas 1 godzina 55 minut. To bardzo wdzięczna rola – pomagam trzymać tempo, ale także motywuję innych i dzielę się z nimi swoim doświadczeniem. Z Fundacją maraton Warszawski współpracuję w tym charakterze od 2014 roku. To taki fajny wolontariat. Bieganie daje tyle radości, że musiałam znaleźć sposób, aby się tym podzielić na szerszą skalę. Myślę jeszcze o ultramaratonie w Karkonoszach. Po drodze będzie jeszcze pewnie kilka startów. Według przyjętej przeze mnie zasady – nie za dużo, ale za to efektywnie.

Czego mogę Ci życzyć w 2018 roku?

Dużo radości z biegania, nowego rekordu życiowego w Pradze (i nie tylko) i jeszcze więcej miłości (tego to chyba nigdy za wiele). A ja Tobie?

Szczęścia i zdrowia bo to najważniejsze. Dziękuję za wywiad 🙂

 

Kochani! Jeżeli macie jakieś pytania do Marty piszcie w formularzu kontaktowych w zakładce kontakt.

Wszystkiego dobrego!

Joanna

Dodaj komentarz

%d bloggers like this:
Inline
Inline